﻿<title_newspaper="Przekrój">
<title_article="Podróż po Warszawie">
<author_1="Wiech">
<author_2="">
<language="pl">
<style="press">
<year="1953">
<month="10">
<date="1953-10-18">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Ponieważ, że zeszłą razą dotaskaliśmy się Marszałkowską do samego Placu Unii, nie mamy teraz inszego wyjścia, tylko musiem się przelecieć ulicą Puławską do Wierzbna. Po drodze mamy zaszczyt obejrzyć dwie nie duże wieże, jedna podobna do gołębnika, druga do tureckiego kościoła. Hrabinia Lubomirska dwieście lat temu nazad ich tu podobnież wystawiła, ale po kiego faktycznie ciorta nie wiadomo. Moda taka była żeby zagraniczne budenki stawiać w charakterze tak zwanych świątyń dumania. Rzecz jasna, że w tych świątyniach nikt sie nie modlił, ani tyż jak to mówią rozedy sie tam nie wąchało. W Wierzbnie egzystuje jeszcze staroświecka karczma w której zamelinował się w swojem czasie braciszek cara Mikołaja tak zwany wielki książę Konstanty jak nawiewał z Warszawy przed rewolucjonistami, przebrany w damskie ciuchy swojej żony niejakiej księżny Iłowieckiej. O mały figiel byłby się dostał do niewoli, bo rewolucjoniści przyuważyli, że mu spod spódnicy lakierowane oficerki z ostrogami wystają. I dawaj go ganiać. Wtenczas wielki książę zawinął sobie żoniną spódnice na głowę i taką stumetrówkie zasunął przez ulice Puławską, że aż sie zadymiło. Oparł sie dopiero w Wierzbnie, przy bufecie tej właśnie historycznej restauracji. Prędko wypił trzy większe wódki na rezykie i mówi:
— Tu poczekam, aż sie moje wierne sołdaci z rewolucją oblecą. I wygląda przez okno. Patrzyć, a tu leci od placu Unii jakiś carski gienierał, wyjrzał książę przez lufcik i pyta sie:
— No jak tam, leżą u nasz jak neptki, co? A gienierał mu na to:
— Wasze cesarskie wysoko błagorodie — chodu! No to wielki książę złapał jeszcze z bufetu pieczone gięś i pół sztona bimbru i dał dęba razem z gienierałem.
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_2>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>



